3/01/2010

Mam ostatnio niezłe oko do wynajdowania wypasów telewizyjnych. Obejrzałam dziś dokument Wendersa zatytułowany "Tokyo-Ga" - rodzaj filmowego dziennika z pielgrzymki do Japonii śladami Ozu. Wenders pokazuje w nim dziwne miejsca - salony ogłupiającego Pachinko (dzięki którym, zdaniem Wendersa, Japończycy zapomnieli o traumach wojennych), manufakturę żywności z wosku przeznaczoną na krzykliwe wystawy różnych podrzędnych jadłodajni, amerykanizującą subkulturę, która w parku urządza sesje twista przy muzyce z magnetofonu. Wenders gada z offu mniej i bardziej ciekawe rzeczy, gadają również współprawcownicy Ozu - kamerzysta i aktor, obaj łagodnie uśmiechnięci. Widziałam w życiu tylko jeden film Ozu, nie jestem pewna który, być może była to "Tokijska opowieść", zostało mi w pamięci tylko kilka wyblakłych kadrów przedstawiających pozbawionych mimiki ludzi, siedzących dookoła stoliczka z herbatą. Zdaje się, że porządnie się wynudziłam.
Już od wczoraj przygotowuję się do smugi cienia.
Wszyscy mnie posądzają o kpinę. A ja jestem całkiem na serio!
Ach, te noce pełne whisky i poezji!

2/28/2010

Podjąwszy postanowienie o unikaniu kabotyńskich imprez, pozostaje mi tylko własna kanapa. Kanapo, nie opuszczę Cię!
Schowaj tę pukawkę, durniu.
Przeciągi w tym internecie.
"Może kupię ci ciastko z kremem, żebyś się mogła na nie powkurwiać?"
Złapałam partyzanta.

2/27/2010

W świecie r'n'b cuda zdarzają się ciągle, kotku.
O czym pisaliście swoje nastoletnie wiersze? Zachowaliście je? Ja pisałam coś o ptaszku, który umiera w locie i spada z gruchotem na ziemię. Niestety w przypływie zażenowania wyrzuciłam. Myślę, że trzeba koniecznie zrehabilitować tę pokątną i niedoskonałą młodocianą twórczość, która jest przypadłością absolutnie masową (przyznajcie się!). To wszystko jest urocze, ciekawe i pouczające.
Mam Szwaba na muszce.
Podaj inicjały antypatii.
Podaj inicjały sympatii.
"Właśnie, że jestem wysublimowany", powiedział oburzony Mzimu.
Obmyślam jakie numery przerywałyby wątłą akcję, gdybym miała ze swojego życia zrobić musical. Pewniakiem jest "Kaloubadia" śpiewana a capella przez fałszującą wielorasową trupę ze scatującym solistą, wysokim i anorektycznym. Wszystkie odloty i odjazdy obsługiwałaby moja ulubiona melodia z motywem motoryzacyjnym. A wszystkie retrospekcje i babranie się w starych historiach łóżkowych przeciągły utwór "Je pense a toi", który śpiewałabym osobiście do kamery kiwając sie autystycznie. Może dałoby się też gdzieś upchnać "El pueblo unido..."?



Czarny charakter mojego filmu syczałby złowróżbnie pieressssstrojka.
Czasem mam ochotę rzucić się na głęboką wodę jakiejś ideologii.
Ta dziwna wspólnota wszystkich kobiet jednego mężczyzny. 
Dziś panowie nie są już przyjaciółmi.
Mimo dużej sympatii dla pana Sobolewskiego, jego teksty jestem w stanie przeczytać najwyżej do połowy. Za to do samego końca doczytuję teatralne recenzje Joanny Derkaczew.
Na miłość boską strzeżcie się zdania: Ale przyzna Pani jednak, że jest to korzystna oferta?
To jest, proszę Państwa, tysięczny wpis.

2/26/2010

Strzepuje niewidzialny pyłek z rękawa.
Nerwowo poprawia grzywkę/torebkę/szalik.
niczym zorza.
przyspieszonym krokiem szedł.
trzepot skrzydeł.
patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

patrzyła pytającym wzrokiem.

Minęliśmy dom Sary. Na parkingu odnalazł jej skuter. Na zakurzonym siedzeniu napisał „Buona notte”.