[sorry, za przydługi cytat, ale ten wiersz mnie intryguje od dawna! ciekawe co o nim powiecie...]
A. Sosnowski
Grimoire
Wczoraj elektronicznie namierzyłem rybę.
Wzięła mnie. Po prostu wziąłem i skoczyłem
w szmaragdową toń naszego zbiornika
jak stałem, nokia piszczała nieprzytomnie,
woda pękała na moich oczach pod ciśnieniem
tysiąca nasłonecznionych akwariów,
i było lato, ekstra, a może wręcz ultra
light, mam na myśli światło, i wkrótce
słońce krwawiło w górze jak peleryna supermana
i sączyło się za mną jeszcze jakiś czas
żyłkami ostatnich promieni,
więc zdążyłem pomyśleć: żegnaj, kołowrotku,
ja tam w dole już widzę suwerenną błystkę
boskiej imprezy i słychać głos oceanów
a strumienie małych rybek dalej mienią się
w oczach, jak te pończochy hologramki,
które tak efektownie lśnią na głowach rozbójników
wskazując drogę do ich kryjówek nawet
w nocy, bo diamentowe smugi w powietrzu
utrzymują się przez dziewiętnaście godzin,
więc nasze miasto ma wygląd fosforyzującej krzyżówki
bezustannie rozwiązywanej przez policję,
żegnaj. I pomyślałem na głos -
och.
(Ostatni pęcherzyk powietrza wystrzelił jak korek.)
I zreflektowałem się: nie mam ze sobą listu.
Satelitarnie zostanę wzięty za butelkę,
a ja nie mam listu, nawet trzech pierwszych liter
nazwiska, nawet inicjałów, które po angielsku
stanowią monogram poezji.
Nie mogę też zrobić rekina,
bo mam zęby jak szara ruina
kilku niedopałków w popielniczce,
ani delfina, bo nie umiem pływać,
ani łabądka, ani nawet pieska
bezdrożnego, więc z czym do kamery,
i
gdzie jest moja jedyna głębinowa ryba,
jej lucyferyna, jej bioluminescencja,
i skąd w takim razie to dziwne zatrzęsienie
światła na głębi i w moich śpiewających płucach,
i między wierszami. Właśnie.
Skąd tyle światła?
Głębinowa elektrownia? Wembley na dnie?
Podwodne wydanie Pegaza?
I wtedy znikąd wyłania się ten srebrny facet
z lirą i mówi: Excuse me, sir. My name is Bond,
James Bond. Może górę zainteresuje mapa
tutejszego dna, którą mam na ukończeniu,
a myślę, że moglibyście zrobić mi legendę.
(A dreszcz szedł - taki miał w sobie głos ogromny...
Choć blady był i jakby nieprzytomny...), więc
- Dnia? - zapytałem. - Mapa tutejszego dnia? -
gdyż niełatwo o dobrą artykulację pod wodą.
A on na to: - Zapraszam na skromny posterunek
Wernyhory. We trzech zaczniemy gruntowne obrady
na temat wszystkich jasnych głębi, co nas gubią.
Trzy możliwości widzę w trójcy zwięzłych pytań:
Sama legenda czy też sama mapa?
Może możliwość samej tylko mapy?
Może też sama niemożliwość dna?
1/31/2009
Wiosną, moi Panowie, wiosną to ja lubię chodzić na czarno-białe filmy do Łódzkiego Domu Kultury, gdzie panie w beretach uczęszczają na wieczorne lekcje francuskiego, a samotni panowie na zajęcia kółka literackiego (zdaje się, że przewodzi mu pan Henryk z tupecikiem na głowie). Przed ŁDK-iem stoi masywny pomnik Dziadka Piłsudskiego, przed którym defilują znudzeni gimnazjaliści.
road movie
Mzimu, początkujący driver, analizuje wszystkie filmy pod kątem problemów drogowych jakie napotykają ich bohaterowie... (najwięcej wykroczeń popełnia James Bond)
1/30/2009
1/29/2009
1/28/2009
niewidzialne miasta 2
Miasto przytulne jak podwórko. Wszędzie eskortuje Cię zgraja parszywych dachowców. Miasto wyposażone w jedno z największych cmentarzysk w Europie, położone na zielonych wzgórzach, po którym ludzie wędrują z drugim śniadaniem w torbie jak po parku rozrywek. W samym centrum urzędowe budynki w cesarsko-królewskim stylu i ulice w pełnym słońcu, które nadają się raczej do defilowania niż spaceru.
niewidzialne miasta 1
Miasto dżdżyste, błękitne. Biegają po nim lolitki w podkolanówkach, z wielkimi oczami. Miasto-akwarium.
1/27/2009
nowy wiersz Szymborskiej - boże, jaka chała!
(a w swoich recenzjach Dziennik okazał się dużo bardziej wymagający od Polityki)
(a w swoich recenzjach Dziennik okazał się dużo bardziej wymagający od Polityki)
1/26/2009
Lodzia Mu znów w tiwiksie. Idę się relaksować.
(tweedowy agent wybrał się podrasowaną motorówką do źródeł Amazonki na plantację trującej orchidei, żeby w końcu znaleźć się na orbicie ziemskiej w kosmicznym mieście stworzonym przez szaleńca. W między czasie romansował z profesoressą nauk ścisłych, która była tajnym agentem, ale tak ją omotał, że odpuściła swe mordercze zamiary)
(tweedowy agent wybrał się podrasowaną motorówką do źródeł Amazonki na plantację trującej orchidei, żeby w końcu znaleźć się na orbicie ziemskiej w kosmicznym mieście stworzonym przez szaleńca. W między czasie romansował z profesoressą nauk ścisłych, która była tajnym agentem, ale tak ją omotał, że odpuściła swe mordercze zamiary)
1/25/2009
abecadło 6
Goitom nie miał rąk. Wybuch miny urwał mu je, kiedy był mały. Przywykł do tego. Zwykle radził sobie bardzo dobrze, sam prowadził auto i zapalał papierosa, ale podryw bez rąk nigdy mu nie wychodził. Kiedy szedł do klubu na Testaccio zawsze zakładał więc protezy - dwie ciemne plastikowe ręce przyczepione do rękawów flanelowej koszuli. Za pomocą małego przycisku można było nawet otwierać i zaciskać palce, ale trwało to nienaturalnie długo i czasami mechanizm się zacinał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

